Jak dolecę zdecyduję jak ma wyglądać ten blog. Narazie wizualna wersja robocza
Siedzę na znanym i niekochanym Sheremetyewie w Moskwie. Gdy nie ma pożaru lotnisko w Moskwie nie jest takie złe. Zwłaszcza że znów można przemieszczać się między terminalami i nie jestem 7h zamknięta w klitce 50x5 m. No i nie jestem jeszcze w komunistycznych mackach i ciągle mam dostęp do fb :)
W zeszłym roku gdy byłam na tym lotnisku kwestią krytyczną było picie - upał był niemiłosierny, dym i zaduch. W automatach i prawie wszystkich sklepach płaci się tu w rublach. Wymieniłam w kilka euro na ruble, coś kupiłam w automacie a potem okazało się że panie w sklepach twierdzą że nie mogę płacić rublami... Właśnie wyjęłam z podróżnej kieszonki owe zeszłoroczne ruble i próbowałam wymienić je w maszynie na coś do picia (za euro można tu kupić głównie alkohol i szczerze mówiąc wychodzi on taniej od coli). Wsadzałam - automat wypluwał - wygładzałam banknot - wsadzałam - automat wypluwał - wsadzałam inną stroną - automat wypluwał. A potem miły pan obok oświecił mnie że mam ruble białoruskie. Dlaczego ruski bankomat wypłacił mi w zeszłym roku białoruskie ruble? Przynajmniej wróciła mi wiara w sympatyczność pań z tutajszych sklepików.
Jeszcze kila godzin i lecę do Chin. Google wyrzuca tylko kilka zdjęć Xiangtanu, na Wiki też o nim nie wiele. Czy się stresuję? Nie, bo ja nawet nie umiem sobie wyobrazić co mnie tam czeka... Ciekawe z kim będę w pokoju. Może jednak trzeba bło wziąć pojedyńczy.
Zaimprezowanie w weekend było posunięciem strategicznym. Po 2 prawie nieprzespanych nocach siedzę bezczynnie na lotnisku i czuję ulgę że nic nie muszę robić. Gdyby tylko można było wyjść na powietrze... Ale jeśli dobrze pójdzie, już jutro koło 15 czasu chińskiego mam szansę znów poczuć powietrze. Albo smog.
P.S. Dziękuję za liczne stawienie się na ognisku. Miło poczuć że są ludzie którzy mnie lubią. Wiem że jest do kogo wracać:)